Grzędziński o ataku na Dniepr: Tu nie ma strachu, tylko złość i determinacja
- Mnóstwo ludzi przynosiło herbatę, pomoc humanitarną dla mieszkańców ogromnego budynku, którzy stracili dach nad głową - mówił Wojciech Grzędziński, polski fotograf, laureat nagrody World Press Foto. - Ludzie wciąż czekają, w nadziei, że pod gruzami będą żywi ludzie - dodał. Po trafieniu blok częściowo się zawalił. Zginęło co najmniej 21 osób, 73 są ranne. Około 30 ludzi jest zaginionych.
W sobotę po południu Rosjanie ponownie zaatakowali Ukrainę. Ostrzelane zostało miasto Dniepr w środkowo-wschodniej części Ukrainy.
Rosyjska rakieta uderzyła tam w blok mieszkalny niemal całkowicie go niszcząc. Zginęło co najmniej 21 osób, w tym jedno dziecko, a 73 kolejne osoby zostały ranne. Liczba ofiar wciąż jednak rośnie. Nadal nieznany jest los 35 osób, a na miejscu trwa akcja ratunkowa.
Ratownicy dogaszają na miejscu pożar, który wybuchł po bombardowaniu i odkopują gruzowisko w poszukiwaniu żywych i zmarłych.
Grzędziński: Porażająca skala wybuchu
- W tym momencie działają cały czas służby. W nocy wolontariusze, mieszkańcy okolicznych domów, sprzątali gruzowisko, które powstało po tym ogromnym wybuchu. Uprzątali zniszczone samochody, gruz, który zalegał na ulicy, drzewa, które były połamane - powiedział w Polsat News Wojciech Grzędziński, laureat nagrody World Press Foto.
- To, co w nocy się tutaj działo, było nie do opisania - powiedział.
- Poza ratownikami działającymi na miejscu, wolontariuszami sprzątającymi, mnóstwo ludzi przynosiło herbatę, pomoc humanitarną dla tych wszystkich mieszkańców tego ogromnego budynku, którzy stracili dach nad głową - powiedział Grzędziński.
ZOBACZ: Zmasowany ostrzał Ukrainy. Mołdawia: Szczątki rakiety znalezione przy granicy
- Porażająca jest skala tego wybuchu, to że ogromny, dziewięciopiętrowy budynek na szerokości około trzydziestu metrów został zrównany z ziemią. Ta skala robi niesamowite wrażenie - powiedział polski fotograf.
- Do samego miejsca akcji dostępu nie ma, jest ono odgrodzone taśmą przez policję - powiedział.
- Zaraz obok w parku zostały ustawione namioty z pomocą humanitarną dla wszystkich oczekujących. Funkcjonuje tutaj też sztab kryzysowy. Ci wszyscy, którzy czekają na informacje o swoich bliskich, którzy dalej mogą być pod gruzami, po prostu tutaj są i czekają - powiedział.
- W momencie ataku nie byłem w Dnieprze. Dojechałem tutaj około godz. 19. To był już czas, kiedy ta akcja ratownicza była dobrze zorganizowana - powiedział.
WIDEO - Wojciech Grzędziński o sytuacji w Dnieprze
Dym cały czas unosi się nad gruzowiskiem
- Dalej, cały czas, unosi się tutaj dym nad tym gruzowiskiem. Cały czas dogaszany jest pożar. Setki osób pracujących w nadziei, że wydobędą kogoś żywego - mówił polski dziennikarz.
- Akcja (ratunkowa) przebiega niesamowicie sprawnie. Ukraińcy są wyjątkowo zorganizowani. To wyglądało trochę jak pospolite ruszenie. ludzie tutaj przyjeżdżali pytając, gdzie mogą się zgłosić, żeby pomóc - powiedział.
- Złość na Rosjan, którzy dokonali tego ataku i smutek - mówił o uczuciach zgromadzonych wokół ludzi.
ZOBACZ: Wojna w Ukrainie. Polscy medycy pod ostrzałem. Damian Duda publikuje nagranie
- Tutaj nie ma strachu, tu jest złość, determinacja, każdy taki atak jedynie umacnia opór i wole walki - dodał reporter.
- Nikt się nie ewakuuje z Dniepru. Jest to jedno z najspokojniejszych miast, najmniej ostrzeliwanych. Było ono w Ukrainie pewnego rodzaju bezpieczną przystanią dla wszystkich, którzy uciekali ze wschodu i dalej jest tak postrzegane - wyjaśnił.
- Życie w mieście przebiega normalnie. Są otwarte sklepy, kawiarnie, działa komunikacja miejska. Będą tu nie czuć wojny. Gdzieniegdzie tylko poustawiane są na ulicach przenośne schrony. Nikt się nie chowa, nie kryje w momentach alarmów przeciwlotniczych. Zamykane są wtedy niektóre sklepy czy centra handlowe, natomiast to właściwie jedyny wpływ wojny na życie tego miasta - powiedział w rozmowie z Polsat News.
Czytaj więcej